O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Naprawdę moje: ULUBIONE
Szabloniki
|
poniedziałek, 12 grudnia 2011
sobota, 10 grudnia 2011
Nieco podrózówaliśmy: Przez wioski, Przez lasy, Przez łąki,
Roboty drogowe, I jeszcze raz przez lasy, Razem z moim ulubionym kochanym kierowcą: I wracaliśmy równie długą niemal 4 godzinną drogą, gdy niebo zaczęły zakrywać ciemne chmury, Aż zrobiło się całkiem ciemno. I wszystko to tylko po to, by delektować się czarodziejskim 15-letnim napojem wyrobu dziadka: Miłego weekendu :*
wtorek, 29 listopada 2011
Obiecałam zapodanie dalej: Napisane przez Reginę Brett, 90 lat, z Plain Dealer, Cleveland Ohio.
No i... podaj dalej :-))))
sobota, 26 listopada 2011
Z okazji bez okazji, a może z okazji obchodzonych przedwcześnie Andrzejek życzę Wam spokojnego, romantycznego wieczoru. W towarzystwie ulubionych przebojów (tych których nie potrafię wstawić...http://www.youtube.com/watch?v=ZXuSaWz7hlo), bukietu smaku wina, lub owocowych naleweczek, tudzież innych trunków, lub bez trunków, jak kto lubi.., a co najważniejsze w ramionach Tej osoby, z którą chcielibyście właśnie być, tu i teraz. Kołysząc się w rytm bijących serc, czując aromat zbliżających się chwil, czekając upragnionej rozkoszy... Z pewnością radosnego, beztroskiego poranka. Tego właśnie Wam życzę, to znaczy ja i mój Mąż :*
sobota, 29 października 2011
Potrzeba, by uszczęśliwiść dzieciaki. Nieco jabłuszek pokrytych bitą śmietaną i posypanych kolorową posypką i już się stajesz najlepszą mamą na świecie. A jescze podaj do tego ich ulubione gołąbki na obiad to uśmiech nie zejdzie im z twarzy do końca dnia. Nawet kłótnia z kolegą na podwórku nie przyćmi takiego szczęścia. Tylko nie próbuj zapomnieć o karpatce w weekend, bo wtedy katastrofa gotowa... Tylko czemu mi wciąż mało? Mało mi męża, bo przyjedzie dopiero w poniedziałek wieczorem, by we wtorek odjechać. I może nawet następny weekend będzie równie samotny. Mam już po dziurki w nosie chłodnych nóg wieczorem, wszystkie filmy i programy wydają się nudne.. (również te, które, kiedy oglądamy razem, wydają sie świetne). Nawet kiedy dzwoni czuję niedosyt.. Ale muszę się przyzwyczaić. Zresztą wystarczy że przyjedzie, że obejmie swym ogromnym ciepłym ramieniem i już wiem, że wytrzymam następną rozłąkę. Mam czasem wrażenie, że tak naprawdę żyję tylko wtedy, gdy On jest blisko, reszta to taki stan w zawieszeniu.. No i oczywiście dobrze, że moje kochane Potwory cieszą me stęsknione serce swoim uśmiechem, bez nich to nie wiem co... No kocham Ich O!
wtorek, 25 października 2011
Że czasu ciągle brak... sprawy przekręcały się na wspak... Mimo to skończyło się dokładnie tak:
Cyrograf podpisali i do domku zwiali, Goście byli, świetnie się bawili.. Potem młodych samych zostawili, z czego ci zadowoleni byli... całą noc razem przetańczyli...
wtorek, 06 września 2011
Tylko nie wiem czy jestem na nią gotowa, co prawda jest ona słoneczna i ciepła, mimo chłodnych poranków, ale pięknie mam za knem, a w sercu gorąco... Zresztą jak i w kuchni. Bo wzięłam się za zaprawy, pełne wiadro (czubate ściślej mówiąc) buraczków czeka na umycie i ugotowanie, co potem zobaczymy, ten plan jest na jutro, dziś obieram jabłuszka.. a z nich dżemik, czy też marmolada, w zależności jak je upilnuję... Poprzednio... To znaczy w zeszłym tygodniu, też miałam jabłkowy zawrót głowy, była i szarlotka i drożdżowka z jabłkami, i ryż na ciepło również z jabłkami.. i dwa garnki "przetworu". Jeden z nich nawet się udał, dzieciaki trzy słoiczki opróżniły (nie wie ktoś, po co ja je wekowałam...?) Drugi nieco inaczej przyprawiłam. Pomyliłam cynamon z chili, które sypnęłam bez żalu i sprawiedliwie... Niestety nie do zjedzenia... Ale wyobraźcie sobie moją minę chwilę po wyjęciu łyżki pełnej marmolady jabłkowej z ust... Do dzisiaj sama z siebie się śmieję i już przesypałam cynamon do innego pojemnika, by błędu nie powtórzyć w bliskiej i dalszej przyszłości... P.S. Wiem, wiem.. jesień kalendarzowa za parę dni, ale mam nadzieję, że zanim nastanie to zdążę się na nią przygotować...
piątek, 02 września 2011
Człowiek kończąc szkołę, tę obowiązkową - oczywiście, ma nadzieję na koniec wywiadówek, sprawdzianów, prac domowych etc. Zaczyna pracę, zakłada rodzinę i co? Od nowa szkoła... i związane z nią wywiadówki, prace domowe a dodatkowo wydatki, podpisywanie zeszytów, trampek, tornistrów, szukanie ostatnich brakujących podręczników... Od połowy sierpnia nie śpię spokojnie, bo mam wrażenie, że o czymś zapomnę, czegoś nie załatwię na czas... Niby są na to całe wakacje, ale minęły nam jakoś tak szybko, mimo deszczowej pogody i zaledwie jednej wycieczki, ale mieliśmy też dwukrotnie gości. Całkiem sympatycznych i jakoś tak do czasu ich wyjazdu odkładałam zmartwienia szkolne na potem.. "Potem" już jest, tu i teraz.. I trzęsę się na myśl o pierwszych spotkaniach na wywiadówkach, bo oznacza to kolejne załatwianie tego co brakuje... Podpisy co odbioru Najmłodszego, obiadków, świetlicy, internatu dla Michała... Pranie, szukanie, sprawdzanie... A tu chłopaki numer mi zrobli bo powyrastali z odzieży i butów... Pytam się: kto im pozwolił tak szybko rosnąć, co?! A Mchał na to: -Życie mamuś, życie... No dobra, w zeszłym roku było podobnie, całkiem podobnie i przeżyłam, teraz też na to się nastawiam. Pozdrawiam szkolnie wszystkich, bo to jakoś tak w kółko się kręci..
środa, 03 sierpnia 2011
Na to lato! Ledwo słońce wygląda zza chmur a już zapowiadają mokry weekend... Na pobliskiej plaży byliśmy kilka razy, ale tylko raz odważyliśmy się dupska zamoczyć, a i wtedy szybciutko wracaliśmy bo wiało nad naszym małym jeziorem... I zsinieliśmy przeokropnie... Choć pogoda na weekend to mało mnie akurat obchodzi, no może ze względu na pranie, które lepiej schnie kiedy słonko zagląda w okna i ogrzewa skórę na spacerach, no i dzieci, które znacznie mniej marudzą, kiedy mogą się wyszaleć na placach zabaw, zamiast siedzieć i kłócić się podczas znudzonych gier planszowych, komputerowych, ruchowych, czy rysowania... Co oni będą jesienią robili, to ja naprawdę nie wiem... Bo mój osobisty weekend będzie do bani pod jednym względem - moje Szczęście przyjedzie dopiero w niedzielę... A na niedzielę muszę napiec kilka ciast, i jakieś torcisko, bo Najmłodszy sprosił kilku kolegów na swoje 7 urodziny, oby jego weekend był udany. Nudzić się nie będziemy, ale jakoś tak już czuję się źle... Bo zwykle to ledwo zdążę się przyzwyczaić do Jego obecności i już musi jechać, a tym razem to nawet się nie przyzwyczaję.. Chociaż moja bratowa twierdzi że w ten sposób będziemy dłużej szczęśliwi, bo wiecznie stęsknieni i spragnieni siebie...
poniedziałek, 01 sierpnia 2011
Do życia blogowego.. (I mam nadzieję, że lato też już wróci...) Czy regularnie i na jak długo to nieeee wieeem jeszcze.. Ale powiedzmy, że się postaram... Wiele się działo i wszystkiego nie dam rady opisać od razu, ale udało się nam być na wakacjach, podczas których w pochmurne dni moja skóra się zaróżowiła, co poskutkowało linieniem... Bo po co używać kremu z filtrem podczas gdy słońce chowa się za chmurami, co? Teraz już wiem, bo wątpliwa opalenizna bolała kilka dni a efekt już schodzi, ale tak to właśnie jest, kiedy ostatnich kilkanaście lat spędza się lato w cieniu i wychodzi wczesnym rankiem, albo późnym popołudniem, żeby się nie spalić... A tu nagle przyszło spędzić dzień na nadmorskiej plaży... I nawet chłodno było, choć woda przyjemna a na piasku mnóstwo biedronek, stada normalnie... Dzieci zadowolone, nie chciały wracać do domu.. Stale pytają kiedy znowu pojedziemy "do babci"... Tak, teraz mają nową babcię, która starała się jak mogła, by nieba nam wszystkim przychylić, a przy rozstaniu skrzętnie ukrywała łzy i zapraszała na powtórkę pod koniec wakacji, czyli to już niedługo, też nie mogę się doczekać...
czwartek, 26 maja 2011
Z internetem na dwa do trzech tygodni. Może uda się coś wcześniej załatwić, ale póki co... Znikam sobie, mam nadzieję, że potem wszystko jakoś nadrobię Wszystkiego dobrego!
czwartek, 19 maja 2011
Stoję sobie przed lustrem i wciągam brzuszysko, żeby ładnie wałek nie wystawał ze spodni. Teraz na wiosnę nie da się go ukryć pod kurtką, choćby nie wiem co! I dopada mnie świadomość, że jeśli nawet wyjdę z wciągniętym brzuchem, to po jakimś czasie i tak go puszczę, bo zapomnę... Co robić, co robić...? Na dietę już nieco za późno, zresztą nic tak nie boli jak odmawianie sobie przyjemności jedzenia... Ćwiczenia? Nie dla mnie, mam słomiany zapał... niestety. Czasem pospaceruję dłużej z Rudym, przejdę się z Najmłodszym, ale na więcej jakoś zapału brak, a zima przy monitorze widoczna jest w tej fałdzie. w fałdzie poniżej biustu... Zwykle zanim wyjdę z domu, mam wrażenie, że niektórzy ludzie będą patrzeć mi na tę fałdę, i stwierdzą, żem się "poprawiła"... Jakoś tak mało dla mnie to przyjemne... I wtedy wychodzę jakaś taka zgaszona, zgarbiona. A biust? Schowany! I to jest mój błąd! Wracałam pewnego dzionka ze szkoły, odprowadzając Najmłodszego i widzę jak facet gapi się na mnie, patrzę na jego wzrok... I gdzie go skupił? No przecież nie na fałdzie brzusznej, tylko na tych dwóch powyżej! Jakoś tak sama z siebie zaczęłam się delikatnie prostować. Doszło do mnie, że nawet ja widząc koleżanki nie patrzę im na brzuch tylko w oczy, ewentualnie na ładną apaszkę, kolczyki... Poniżej rzadko, naprawdę! Panowie są śmielsi, i nawet im wypada spojrzeć nieco niżej, i dobrze, niech sobie patrzą skoro mają na co... No i czego się tu wstydzić? Niech jest sobie ta fałdka pod biustem, i niech żyją cycki! Niech tuszują wypukłości poniżej. I niech się faceci gapią!
środa, 18 maja 2011
Casem jest dobrze, a czasem gorzej... Tak właśnie jest w naszym życiu, tu na ziemi... Przechwaliłam chyba Najstarszego, a bo pięknie gra na gitarze, bo pani w szkole go chwaliła, bo walczy o czerwony pasek na świadectwie, bo świetnie gra w szachy, bo ogólnie nie jest zły chłopak z niego. Po zeszłorocznych jego wyczynach, wydawało mi się, że nadszedł lepszy czas, że co złe minęło... Że dojrzał wreszcie Ale co dobre też się kończy, bez złudzeń... jednak te jego 15 lat, to czas zmian i prób w postępowaniu, jeszcze się uczy życia, zwłaszcza społecznego. Nie potrafi pojąć, że nie można dzwoniącemu kuzynowi odbierająć słuchawkę warknąć mu: "przestań już do mnie dzwonić!", że otwierając drzwi koledze, nie wypada palnąć: "czego znowu chcesz?" Znowu całe dnie siedzi w grach komputerowych, zapasy w kuchni znikają w ciągu doby, bez względu na to jak są duże i czy przeznaczone dla niego, czy dla całej rodziny, a gdy pytam gdzie jest ser wczoraj kupiony, czy słoik dżemu, albo lody... On nic nie wie, szczegół że sam był w domu. Ja rozumiem czasem coś skubnąć mi z szafki, sama w dzieciństwie wyjadałam rodzynki, ale zawsze robiłam tak, by trochę zostało, (on zostawia puste opakowanie w szafce, w lodówce) no i nie potrafiłam kłamać i się wypierać. Dziś dzieciaki są inne, śmielsze, to znak mijających czasów, muszą walczyć by przetrwać, ale w domu rodzinnym nie ma zagrożeń! Nie mam pojęcia co on chce osiągnąć (prócz wilekiej wagi...), co udowodnić A słownictwo... Chyba lepiej przemilczę temat, tylko to boli kiedy odnosi się tak do mnie i rodzeństwa. No i ten wstyd, kiedy znajomi opowiadają, że widzieli grupę nastolatków na boisku obok placu zabaw klnącą bardziej od brygady budowlanej nieopodal... Ja wiem, że ten czas też minie, że młodzież tak ma... Dobrze, że nie pali, nie pije, nie ćpa (póki co - przynajmniej) No teraz mi lżej - wygadałam się do siebie.
niedziela, 08 maja 2011
Usiadł przy niej i zaczął opowiadać co zrobi na obiad, że musi zabrać się za mięso, że spotkał kogoś, kiedy był na zakupach... Po chwili w połowie zdania, padło: - Idę stąd, nie mogę już na ciebie patrzeć - Nie lubisz kiedy siedzę i zszywam spodnie dzieciom? A może ten wałek tłuszczu kiedy się pochylam ci przeszkadza, czy po prostu makijaż się rozmazał? - Muszę stąd uciec, bo się nie oprę i rzucę te szmaty w kąt, a ciebie na podłogę, podniosę tę krótką spódniczkę, rozepnę bluzkę, zerwę stanik, a potem... Idę, dzieci są w domu... I znikł w zaciszu kuchni. Chyba muszę zacząć spodnie i golf - pomyślała...
niedziela, 27 marca 2011
Po raz kolejny "zapaliły mi się oskrzela". Kuracja antybiotykowa, już nie potrafię powiedzieć która, na chwilę ulżyła, bym potem znów miała problemy z oddychaniem, zwłaszcza nocą... Mam zamiar skorzystać usług bratowej, niech mi kobita bańki postawi, bo w dzieciństwie, był to jedyny na tę dolegliwość sposób.. A w związku z nią brak mi sił, weny, pomysłu i nawet chęci na cokolwiek. Słonko pociesza mnie przez okno, więc teraz to już tylko lepiej powinno być...
poniedziałek, 07 marca 2011
Gdyby tak jak tu na nowym szablonie zrobiło się niebiesko od kwiatków za oknem na osiedlowym trawniku, ale ten czas coraz bliżej, chyba się doczekam.. No i oczywiście ucieszyłabym się jeszcze z poniższej sprawy... Przed chwilą dostałam maila, że wygrałam 5 noclegów w jednym z 1000 hoteli... Wystarczy tylko obejrzeć 3 reklamy... Co zrobiłam ze słuszną uwagą i zainteresowaniem, coby w pełni zasłużyć na maleńkie darmowe przecież wczasy... No i wszystko elegancko, pięknie, ładnie... Nawet upatrzyłam sobie miejsce, które ewentualnie chciałabym odwiedzić, i zaczęłam kombinować jak zorganizować opiekę dla chłopców na czas naszego niebytu... A tu pod spodem informejszyn: W każdym hotelu jest przymusowe wykupienie posiłków w cenie dla dwóch osób na te 5 dni 600łzł.. I gdzie tu ta darmocha, hę? Niby nie drogo jak na wypoczynek w hotelu, ale... w moim przypadku będzie to możliwe dopiero po wygranej w totka, a wtedy zabiorę całą rodzinkę, O! Mina mi nieco zrzedła, eh... obejdzie się. Cóż, znowu w wakacje wyskoczymy w bory do cioteczki Krysi, bo przecież nie ma to jak kiełbaska z ogniska na przedsionku lasu, prawda?
sobota, 05 marca 2011
Spotkał wczoraj swoja byłą panią, która po przywitaniu zapytała: -Michał i jak tam w szkole? Grzeczny jesteś? -Tak! - odparł z zapałem - W szkole jestem grzeczny! - A w domu? - Pani uśmiechnęła się.. - W domu... Aaa mama mnie kocha! No prawie usiadłam ze śmiechu, w szkole jest grzeczny a w domu... Nie musi, bo go kocham.. No ale tego to ja już nie zmienię...
wtorek, 22 lutego 2011
A jednak łysieję.. jak nic... Strzygę włosy rzadko a nawet bardzo rzadko, w ogóle fryzjer mnie omija, a raczej ja jego. Zatem zostało mi tylko ich mycie, odżywianie i czesanie. Czasem wrzucenie na wałki, żeby choć raz kiedyś poczuć nieco odmiany, nabrać wrażenia że dbam o nie i ogólnie o swoje samopoczucie, z którym u kobiet różnie przecież bywa... Zatem dziś do południa umyłam tę swoją garść kłaczków, odświeżyłam dawno nie używane wałki, i nawijam.. Oddzielam niezbyt grube pasma z obawą że mi nie wystarczy jak zwykle tych wałków... Nawijam, patrzę, a tu zostały mi 4 wałki! Ej, zwykle kombinowałam z różnymi grubościami i cały spód zostawiałam prosty, a tu co? No tym razem włosów mi zabrakło. Wypadały już.. zwłaszcza zimą, po czapce, kruszyły się nieco, aleeee.... Takiego ich niedoboru nie spodziewałam się! Niby Ewcia się marszczy, ale łysienie?! Jednak po zdjęciu akcesoriów, nie wygląda najgorzej, oto dowód:
Jeszcze jakiś czas wytrzymam bez peruki, c'nie?
sobota, 19 lutego 2011
Taki psi wpis dziś, bo nie mam pomysłu czym mogłabym sie podzielić, a że z psem dużo czasu ostatnio spędzam, niech ma: Żadne stworzenie w moim domu nie miało jeszcze tylu aliasów... co Rudy. Słodki się zrobił bardziej niż wydawał na początku, kiedy jeszcze tęskniliśmy za Lizą, mądrzeje psisko niemal z dnia na dzień. Podaje łapkę wiedząc że nie czeka nań smakołyk, na podwórku wie gdzie biegać, szybko reaguje na komendę "wróć i czekaj" , no posłuszna psinka z niego. Chociaż dzięki niektórym swym niedoskonałościom załapał się na kilka przezwisk: Klockojad - wymyślił Najmłodszy, chyba nie muszę tłumaczyć Łasuch - to moje dzieło, no żre ten psiak wszystko co napotka, łącznie ze ścierką z kuchni, obierkami od ziemniaków, marchewki, pomidorem, owocami, słodyczami (o ile ktoś zgubi okruchy)... jego szczęście, że moje buty zostawia w spokoju... W sumie to nawet wygodne jest, mogę kroić kapustę ucierać marchew na terce i nie zbierać tego co spadnie, zawsze jest dokładnie wysprzątane, ostatnio nawet po rozlanym jogurcie "posprzątał" do czysta... Rudi i Rudy 102 - jakoś tak samo czasem nam z ust wychodzi i nie wiadomo kiedy i od kogo się zaczęło.. Skoczek - Michał tak na niego mówi, bawiąc się podrzucanymi zabawkami Memeja - nie mam pojęcia dlaczego, ale moje Szczęście go tak nazwał, mówi tak do niego kiedy bawią się razem i psiak śpiewa.. niemal miauczy... bo nie może złapać ręki do gryzienia Moja mała myszka i moja mała niunia, pieszczoch - sama go nazywam kiedy łasi się do nóg, tuli do rąk i zaczepia do głaskania, oj bidny by był gdyby rozumiał sens słów.. wiem, wiem, odbijam sobie brak córki, no do synów tak nie powiem, ale psiak znosi to dzielnie i chętnie czeka z nosem na mojej stopie aż go pogłaszczę... Kawopij - nie mogę wychodząc z domu, na stole zostawić kawy, bo nawet fusy znikną.. Więc i tak jej nie dokończę... I ostrożny przy tym jest, szklanka czy kubek nigdy jeszcze nie zostały przewrócone... Sikacz i kupacz było na początku, ale teraz to już przeszłość. Te dziesięć aktualnych chyba wystarczy, dobrze by było, gdyby nie zapracował sobie na jakieś wymyślniejsze..
niedziela, 06 lutego 2011
Weszła na podwórko zamykając za sobą bramę, na ganku siedział ojciec, palił cygaro i patrzył przed siebie. Siadła obok niego i sięgnęła mu do dłoni, po czym zaciągnęła się dymem. Ojciec był do tego przyzwyczajony, nie lubił tylko, gdy robiła to przy ludziach. - To chyba koniec z twoimi samotnymi wyprawami do miasta.. - uhm… - Bez Boba nigdzie się nie ruszysz – spojrzał jej w oczy – nie mogę cię stracić, rozumiesz? - Tak - Może przełożymy nasze polowanie o kilka dni, aż dojdziesz do siebie… - Nic mi nie jest, to tylko strach, poradzę sobie z Bobem i nigdzie się nie wybieram, aż do waszego powrotu. Możecie spokojnie jechać. Nie martw się, tatku. – Ucałowała go w policzek, a on ją pogłaskał, jak wtedy gdy była dzieckiem. - Idę nakarmić zwierzęta, kolacja też zaraz będzie, wejdź do środka, bo chłód już idzie tato. Zaraz po kolacji położyła się spać, wreszcie mogła spokojnie zasnąć, wszystko zaczęło wracać do swojego rytmu, jej sen też. Tuż przed wschodem słońca przyjechał Mike na obładowanym koniu. Może i tym razem uda im się złapać jakiegoś wierzchowca, potem ujeździć i sprzedać. Przyda im się trochę gotówki na nadchodzącą zimę. Luiza lubiła patrzeć jak Jerry ujeżdża nowe konie, słuchały go niczym zaklinacza, był w tym naprawdę dobry. Lubiła też karmić te początkowo nieufne zwierzęta i przyglądać się, jak w miarę czasu się oswajają z nową karmą i ludźmi. Zawsze miały takie piękne, duże oczy.. Próbowała też czasem i je malować, nie była jednak zadowolona z efektów, żywe były najpiękniejsze… Ojciec kończył kawę po śniadaniu. - Tym razem jedziemy w góry, powinniśmy trafić i na niedźwiedzie i na wierzchowce, szykujcie się na mocne przyjęcie, wiesz siostrzyczko – zbliżył się do Luizy i wyszeptał – takie ze skrzynką whisky, za jakieś dwa tygodnie. – A głośno dodał : - Jedzie z nami nasz sąsiad z synami z północnej, ten co ma chorą żonę, zajrzyj do niej, bo zostaje sama - Powinnam znaleźć chwilę, jedźcie bezpiecznie. Pomachali sobie, stała chwilę i patrzała jak się oddalają, nie lubiła niepewności, kiedy wrócą, ani natrętnych myśli, że coś się stało, z niedźwiedziami nigdy nie wiadomo, pocieszał ją tylko fakt, że nie jechali sami, będzie ich razem szóstka, powinno być dobrze. A panią Anę podziwiała całym sercem, kobieta dostawała dziwnych ataków, mdlała co jakiś czas, a potrafiła się zająć całą rodziną i domem, znała doskonałe przepisy na ciasta, których zapach rozchodził się po okolicy każdego dnia. I zawsze była uśmiechnięta, nawet w czasach, gdy zaraz po ostatnim ataku Indian brakowało im niemal wszystkiego, bo spalili im dom. Potrafiła też robić przepiękne koronki, palce miała niezwykle sprawne, ale mówiła, że robi to z musu, by mięśnie nie zesztywniały na starość. Potrafiła też dobrze ocenić obrazy Luizy, te które wybrała Ana, Luiza wiedziała, że sprzeda za dobrą cenę w dużym mieście, prawdziwa znawczyni z tej Any! Kilka z obrazów podarowała Anie, zdobią jej niewielki salon i kuchnię. I dziś wieczorem do niej pójdzie, spróbuje dzisiejszego ciasta i porozmawia o pogodzie, może powspominają dawno minione dzieje, których nawet jej ojciec nie pamięta, ta kobieta, zna wiele historii opowiadanych z pokolenia na pokolenie w swojej rodzinie.
wtorek, 01 lutego 2011
Dziś będzie o butach Taaa.. od czego by tu zacząć, pewnie od początku, więc od grudnia.. Była potrzeba zakupu zimowych butów. I co tu kombinować, jak trzeba to trzeba, mus to mus! Nie kosztowały mało, coby nie było problemów. Pan na miejskim ryneczku, stwierdził, że sezon na pewno wytrzymają, wyglądały na mocne porządne buty, warte kosztów. Paragonu pan nie dał, bo nie będzie problemów... Niestety! Wytrzymały całe trzy tygodnie. Najbezczelniej na świecie rozkleiły się, niby nic szokującego... Ale, jasna anielka! Nie mam innych butów zimowych! W czym tu chodzić, kiedy te są w naprawie? Ba! Minęły dwa tygodnie, a pan twierdzi, że to nie jego wina tylko producenta! Bo nie przysłał naprawionych butów na czas. A ja się pytam, w czym będę wiosną chodziła? Bo w tej chwili śmigam w wiosennych, które całe są już poszarpane od ostrego śniegu... zaczęły się rozklejać... Dobrze, że wiele nie chodzę, i nie wymarzałam gdzieś, bo jeszcze na leki bym wydała pół fortuny.. I dobrze że nie glebnęłam gdzieś i kości całe... Póki co... Niby mają być w piątek, oby! Bo muszę jechać po Michała, a w tych porozklejanych wiosennych, to aż strach, czy w całych wrócę... I teraz nie wiem... No nie wiem, opinię wśród znajomych na pewno mu wystawię "baaardzo przychylną". Podobno sprzedaż bez paragonu jest przestępstwem.. Tylko że na ryneczku, nie tylko on nie posiada kasy fiskalnej, tych babinek to mi żal, co sprzedają jajeczka i śmietanę... Ale ten z butami obrót musi mieć, bo siedzi tam ponad 10 lat, jak nie lepiej, to kupiłby sobie tę kasę... Bo tak naprawdę, to oddałam mu buty do naprawy i nie mam żadnego dowodu, że je w ogóle kupiłam... Że cokolwiek jest mi winien.. Ale poczekam do piątku i zobaczymy cóż z tego wyjdzie... O kciuki ewentualnie proszę, bo cierpliwości to podobno na allegro nawet nie dają, i muszę się sama w nią uzbroić...
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Było pewne, że gdyby nie Nowy, to straciłaby nie tylko torbę z bronią i tych parę groszaków, ale też i życie. Tysiące myśli nie zupełnie skonkretyzowanych przebiegało jej przez głowę, nie czuła jeszcze bólu siniaków na rękach, udach i plecach, ani zadrapania między piersiami od noża rozdzierającego suknię. Konie same prowadziły powóz, dobrze znały drogę do domu. Mechanicznie wprowadziła je do zagrody, odczepiła wóz. Weszła do swojego drewnianego domu, minęła niewielką kuchnię, krótki korytarz. Otworzyła drzwi do pokoju i położyła się. Nie mogła zamknąć oczu patrzących w jednym kierunku, sama nie wiedziała co czuje, jedynie bezskutecznie zmuszała się do zaśnięcia. Obudziła się zmęczona, cała obolała. Dopiero teraz zauważyła podartą suknię na sobie, którą zdjęła i rzuciła w kosz. - Nie do naprawienia! Usłyszała pukanie do drzwi. To jej stary ojciec. - Nie wchodź zaraz zejdę. - Córuś, chcę do kościoła, podwieziesz mnie? - Dziś nie zdążę, poproś może Boba. Uchylił drzwi, ona odwróciła się twarzą do okna, by nie zobaczył jej niezmytej twarzy, bałaganu we włosach i strachu zeszłej nocy w oczach. - Moja kochana! Co się stało? – Przytulił ją - Nie słyszałem kiedy wracałaś, czemu.. czemu mnie nie obudziłaś, kto ci to zrobił? - Tato… Rozpłakała się. Ojciec przyniósł jej miskę z wodą, ręcznik, podał dużą szczotkę i zaczął czesać jej włosy. - Nie martw się, wszystko będzie dobrze, Bob już wydoił krowy, ja wstawiłem mleko, zaraz coś zjesz i nowy dzień przyniesie ci siły. - Tak, wiem, już mi lepiej, dziękuję, że jesteś tatku. Dobrze, że była niedziela, jedyne co musiała zrobić to obiad dla siebie, ojca i brata. Na szczęście dziś Jerry i Mike nie zajrzą z niedzielną wizytą, bo odwiedzają rodziny swoich żon, zapowiadał się święty spokój, a tylko tego potrzebowała. Wieczorem poszła na rozległą łąkę, czuła zapach kwitnących kwiatów i rosnącej, wilgotnej o tej porze trawy. Po niej biegała z mamą boso kiedy była małą dziewczynką, trzymały się za ręce i przeskakiwały przez zajęcze nory. Dobrze pamiętała jej uśmiech, kiedy padały na ciepłą murawę zmęczone i zdyszane. Oglądały potem chmury szukając w nich przeróżnych kształtów, wyobrażały sobie, że jadą karocą do dużego miasta na bal, że mają na sobie piękne chmurowe suknie, a we włosach białe kwiaty, innym razem widziały ogromne góry i dzikie zwierzęta… Wspomnień nigdy jej nie brakowało, mimo, że lata z matką nie były długie, zachorowała, kiedy Luiza miała 10 lat, i zmarła. Pamięta do dziś czarną suknię matki z samych koronek, zapiętą po szyję, z długimi rękawami, pamięta też smutek ojca, w którego oczach jest do dziś.. Od tamtej pory jako jedyna kobieta w rodzinie, zajęła się domem, przybyło jej obowiązków, a wykonując je ciągle zastanawiała się, czy robi wszystko tak jak matka… Podobno pierwsza jej pieczeń z upolowanego przez ojca i Mike’a niedźwiedzia, nie wyszła najgorzej, dopiero następnego dnia zauważyła resztki mięsa w misce Saby.. Dziś jest inaczej, pałaszują przy niej i proszą o dokładkę, chwalą przy sąsiadach, a potem sąsiadki przychodzą po porady… W zamian, od nich nauczyła się piec chleb i ciasta, to marchewkowe i z dynią były ulubionymi przez jej mężczyzn. Nie lubiła jedynie prać, ale dobrze wiedziała, że nie zawsze robi się to co się lubi, a jeśli chce się mieć czyste ubrania, albo przechodzić obok brata nie zaciskając nosa to niestety trzeba.. Słońce zaczynało chować się za odległy horyzont, dobrze wiedziała, że musi wracać, bo niedługo zacznie robić się niebezpiecznie. Jutro zaczyna się nowy tydzień, znowu ojciec weźmie najstarszego syna i wyruszą na polowanie, zapasy mięsa w beczkach zmalały, zające są coraz cwańsze i niełatwo je schwytać, albo ojciec zbyt już stary na taki wysiłek.. Dobrze, że Mike i Jerry to rozumieją i pomagają im. Z oddali słyszała już wycie wilków, wstała z kamienia i ruszyła ku domowi. Cisza wokół działała na nią kojąco, prawie zapomniała o wczorajszej przygodzie ale dobrze wiedziała, że nieprędko znowu wybierze się do tego miasteczka… Ojciec z bratem wrócą pewnie po tygodniu albo dwóch, będzie mniej prania, gotowania i sprzątania, ale więcej dojenia i obrządku. Była do tego przyzwyczajona, a w długie wieczory pewnie znowu siądzie do swoich prowizorycznych sztalug.. Nie przesiadywała tak jak jej bratowe szyjąc ubrania, czy tkając koronki, uwielbiała wprost malować krajobrazy, tak pięknie okalające jej dom, zmieniające się wraz z porami roku i kierunkiem spojrzenia. Tu z tej strony były rozległe sawanny, z tyłu domu w oddali zielenił się las, a od wschodu widać było odległe góry.
piątek, 28 stycznia 2011
Na krótko ich oczy się spotkały, i to ją onieśmieliło, odwróciła głowę i zaczęła się rozglądać po niewielkiej sali. Przy maleńkich stoliczkach siedzieli karciarze i sączyli zbyt wiele trunków, co chwilę ktoś podnosił głos, bo właśnie ktoś inny go oszukał. Wszędzie unosił się dym z tanich cygar. W samym rogu siedziały panie, upatrujące swego zarobku w chwiejących się już gościach baru, były w różnym wieku, różnej urody, ale każda z nich wiedziała, że zarobi trochę grosza. Innych kobiet nie było, od czasu do czasu jakiś młodzieniec się zjawiał, by nauczyć się obcowania w towarzystwie kobiet. I właśnie z takimi gośćmi Luiza najczęściej spędzała tu czas. Dziś jednak w jej głowie był ktoś inny, ale nie potrafiła znaleźć sensownego pretekstu do rozmowy, tak by nie wziął jej za jedną z pań z tamtego końca sali... Postanowiła wyjść, sięgnęła swoją pelerynę i ruszyła ku wyjściu, zaczęła się zastanawiać nad sensem spędzania swojego wolnego czasu w takich barach, przecież nie musiała tak dorabiać, za drinki też płaciła sama, miała tylko wtedy namiastkę bliskości z drugim człowiekiem, chwilę uwagi, a jednocześnie zero zobowiązania i zazdrości, jedyne czego musiała pilnować, to unikać żonatych.. Nie tak jak w zeszłym roku z tym gołowąsem, taki młody i zaręczony a nieszczęśliwy, i ta wpadka z jego narzeczoną w sklepie. Więcej nie da się wplątać w żadne związki, nawet na tę jedną noc dwa razy w miesiącu... Wystarczy jej głos Lilly... Ruszyła do swego powozu. konie radośnie zachrapały czując, że ona się zbliża, nagle ostrzegawczo zaczęły strzyc uszami. Luiza stanęła i rozejrzała się, wokół stało kilka domków, w których wieczorny ruch jeszcze się nie skończył, jednak na ulicy nikogo nie było. Tak jej się zdawało, jednak znała swoje kobyłki, ktoś mógł być za rogiem. Na powozie miała swoją torbę a w niej strzelbę na wilki, mogła jej użyć do odstraszenia niechcianych gości, ale musiała najpierw podejść bliżej powozu. Zrobiła kilka pewnych kroków, była czujna, napięta do granic. Wiedziała, że z jednym napastnikiem da sobie radę, w końcu wychowywała się z trójką braci, ale co, jeśli jest ich więcej? Złe przeczucie sprawdziło się. Zza rogu wyłonili się we czwórkę, młodzi i rozbawieni, głodni przygód i pewni swej zabawy. Luizie na chwilę głos utkwił gdzieś głęboko, myślała jak działać. Niestety zastąpili jej drogę i do obrony miała tylko własne dłonie i nogi. - Czego chcecie? Pieniędzy? Mam w powozie, zaraz dam i spadajcie - powiedziała po chwili, gdy odzyskała głos. - E tam, pieniądze sami weźmiemy - zaczął rżeć jeden z opryszków niczym stary koń. - Zresztą ciebie też Teraz śmiechem buchnęli wszyscy. Po czym zaczęli ją szarpać, rozrywać suknię, ściągać buty, próbowali wrzucić ją na powóz. Tego było za wiele, zaczęła krzyczeć z całych sił, wzywając pomocy i wyrywając się. Miała nadzieję, że mieszkańców ruszy jej los. W tym momencie zjawił się Nowy, nie wiadomo skąd, bo w barowej wrzawie raczej nie było nic słychać. Jednym strzałem w powietrze uspokoił towarzystwo, które rozproszyło się chaotycznie po zakamarkach tego małego miasteczka, dogonił jednego z nich i zakuł w kajdanki. Podszedł do Luizy. - Teraz jesteś bezpieczna, resztę wyłapię jutro, jedź do domu. - Dziękuję - wyszeptała. Usiadła na ławeczce, wzięła lejce drżącymi rękoma i ruszyła przed siebie.
czwartek, 27 stycznia 2011
Takie coś zakłębiło mnie się w głowie, co przelałam na monitor, nie potrafię jeszcze znaleźć tytułu, ale w kawałkach czasem tu dostarczę: kawałek 1 Wiedziała, że tym razem też będzie żałowała. Po raz kolejny niemal bez zastanowienia wzięła następną szklankę whisky. I była pewna, że i dziś skończy z jakimś fajtłapą w hotelowym pokoju. Właściwie to coś ją ciągnęło w tym kierunku, nie wiedziała tylko co. Chciała sobie udowodnić, że jest kobietą, a przecież kobiety tego potrzebują, potrzebują zainteresowania mężczyzny i tego tu szukała, tu w przydrożnym barze, kawał drogi od domu, gdzie rankiem wróci do codziennej rzeczywistości. Do karmienia zwierząt i obrządku w zużytych spodniach, spiętych włosach i w kapeluszu na głowie. Siedział obok niej starszy mężczyzna, siwiejący, z cygarem w dłoni i uważnie się jej przyglądał. Po chwili nabrała pewności, że jego akurat powinna się bać, jego ciemne oczy świdrowały ją całą, lekko zmrużone nie sprawiały przyjaznego wrażenia. Odwróciła się tyłem do niego i zaczęła słuchać smętnej piosenki znanej tylko tu Lilly, nieco puszystej, ale z dziewczęcą buzią w kolorowej, koronkowej sukience, której gorset uwydatniał pełne piersi i zgrabne ramiona. Śpiewała o tęsknocie za ukochanym, przepięknym, perlistym i tak przejmującym głosem, że Luiza poczuła dreszcze przechodzące przez jej ciało. Facet siedzący teraz za nią chwycił ją mocno za ramię i odwrócił do siebie, nie powiedział nic tylko patrzył krzywo się uśmiechając. - Ciebie nie chcę - powiedziała pewnie i chciała się odwrócić, ten jednak uściskiem nie pozwolił jej. - Ale ja ciebie chcę - rzucił banknot na ladę baru - Nie jestem dziwką, poszukaj w tamtym rogu. - To czego tu szukasz? - Nie ciebie! Nie było późno i jeszcze chętnie posłuchałaby piosenek Lilly, ale jeśli ten typ nie odpuści, wiedziała, że to zmusi ją do wyjścia, może to i lepiej, choć raz nie zaśnie na kazaniu pastora jutro na mszy. W tym momencie do baru wszedł Nowy. Nazwali go tak zaraz po tym kiedy został szeryfem w tym miasteczku, miał nowe spojrzenie na sprawy zarówno dotyczące poważnych przestępstw jak i sąsiedzkich kłótni, no i nie przyjmował żadnych dodatkowo płatnych zleceń, co było tu zupełnie nowe. Dotychczasowy szeryf zginął w zeszłym miesiącu, po tym jak przymrużył oko na rabunek u jubilera przez syna jednego z mieszkańców, i ludzie sami wymierzyli sprawiedliwość rabusiowi i szeryfowi... Jego wejście zostało zauważone przez wszystkich tu obecnych, nawet Lilly głos zawisł, by po chwili znowu powoli zacząć swój monotonny już i wciąż smutny rytm. Delikatna wrzawa powoli wracała do swego tonu. Tylko Luiza nie mogła oderwać od niego wzroku. Nie był najprzystojniejszy, jednak miał jakąś magię w swoich jasno-niebieskich oczach Podszedł do drugiego końca baru, zamówił drinka u Sama i spojrzał na nią.
środa, 26 stycznia 2011
- Nie wiesz gdzie podziewa się moja herbata? - Słucham? - Moja herbata... ginie mi - Niemożliwe... - I papieru toaletowego też ubywa... - Synu - zwracam się do Najstarszego - robisz sobie herbatę z taty puszki? - Nie, bo wolę tę z kartonika, z twojej szafki - To ja nie wiem, gdzie podziewa się twoja herbata. Były ma w swojej puszce na swojej półce herbatę, a na stole w kuchni często stoi dzbanek z herbatą dla dzieciaków... Robię zawsze swoją, a Moje szczęście nie cierpi herbaty... A co ja będę się tłumaczyła! Przecież nie jestem złodziejem i nie kradnę mu papieru, czy herbaty.. Irytacja. To było pierwsze uczucie. Teraz mamy z moim Szczęściem ubaw, że bidny ten były, herbata mu wychodzi i papier ubywa... I kiedy któreś z nas wychodzi z domu, głośno komunikuje: - Idę po herbatę kochanie! Dziś już naprawdę ze mnie zeszło, i mamy ubaw po pachy, tak po prostu. Niech jeszcze coś wymyśli, że mu ginie, to będziemy mieli kolejny sposób na rozładowanie cięzkiego czasem dnia.. A jak mu źle niech spada, nie ma obowiązku przebywania z nami
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||